Czesław Lang: wyścig wciąż trwa…
27 lipca 2026
Ta historia nie kończy się na mecie.
Spotykamy się w jednej z ulubionych warszawskich restauracji Czesława Langa, polskiego kolarza torowego i szosowego. Wicemistrza olimpijskiego oraz organizatora Tour de Pologne. Pojawia się punktualnie. Elegancki, uśmiechnięty, z energią, która wypełnia przestrzeń szybciej niż peleton na finiszu. W granatowej marynarce, perfekcyjnie skrojonej białej koszuli i z charakterystycznym, ciepłym uśmiechem. Przed rozpoczęciem rozmowy to on pierwszy komplementuje. Naturalny, uważny, obecny. – Lubię to miejsce – mówi, gdy zajmujemy stolik przy oknie. – Jest tu spokój, świetna obsługa i dobra, polska kuchnia. Bez pretensji. Bez pychy. Bez nadęcia. Skromny. Naturalny. Rozmowa szybko schodzi na początki, bo to one były najważniejszym fundamentem jego historii.

Malwina Kowszewicz: Jakie jest Twoje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa?
Czesław Lang: Miłość. Przestrzeń. Wielki park, natura, spokój. Mieszkaliśmy w poniemieckich pałacach. Była radość mimo biedy. To było dzieciństwo pełne wolności.
M.K.: Co najbardziej zapamiętałeś z tamtych lat?
C.L.: Niepewność. Moi rodzice zostali wyrwani ze swoich korzeni na Wschodzie i przeniesieni na ziemie poniemieckie. Przez wiele lat żyliśmy z poczuciem, że to wszystko jest tymczasowe, że ktoś może przyjść i powiedzieć: to nie jest wasze.
M.K.: Czy to wpłynęło na Twój sposób myślenia?
C.L.: Tak. Nie było poczucia stabilności. Ojciec pracował jako kierownik PGR-u i to też nie dawało pewności, bo w każdej chwili można było stracić pracę. Wszyscy tak żyli. Tu i teraz.
M.K.: Pracowałeś już jako młody chłopak…
C.L.: Mama i babcia prowadziły dom, a ja pomagałem, ile mogłem. Były sianokosy, prace w polu… Były rzeczy, które lubiłem, jak zapach siana, praca na świeżym powietrzu. Ale były też takie, których nie znosiłem. Na przykład plewienie. Siedzisz godzinami i wyrywasz chwasty…
M.K.: Praca Cię ukształtowała?
C.L.: Bardzo. Nauczyła mnie systematyczności i tego, że nic nie przychodzi łatwo. Jako młody chłopak pracowałem w magazynach, przy prostych pracach fizycznych. Dawało mi to poczucie niezależności, wiedziałem też, że odciążam rodziców.
M.K.: Po zakończeniu kariery wróciłeś w rodzinne strony. Dlaczego nie Włochy?
C.L.: Bo to moje miejsce na ziemi. Jestem z tym miejscem związany sercem. Każdy metr coś dla mnie znaczy. Tam powstał mój świat. Ale to nie było łatwe. Przez dziesięć lat budowałem swój dom. Kupiłem dwie ruiny. Jeden pałac to ten, w którym się urodziłem, więc zadziałały emocje. Drugi kupiłem z ziemią, żeby ją uprawiać. To było opuszczone gospodarstwo.
M.K.: Jakie wartości wyniosłeś z domu?
C.L.: Proste rzeczy. Praca, uczciwość, szacunek do ludzi. Moi rodzice zostali wyrwani ze swoich korzeni. Żyli w poczuciu tymczasowości. To uczy pokory.

M.K.: W jakim stopniu sport ukształtował Twoje podejście do życia?
C.L.: W ogromnym. Sport to dyscyplina, praca, koncentracja. To także umiejętność wygrywania, ale i przegrywania. My nie jechaliśmy w wyścigu, aby uczestniczyć. My jechaliśmy po to, by wygrać.
M.K.: Kto był Twoim największym kibicem?
C.L.: Rodzice. Byli skromni. Przeszli bardzo dużo. Nagle widzieli swojego syna w telewizji z medalami na szyi. To było dla nich coś wielkiego. Ogromna duma. Ich radość była moją największą nagrodą.
M.K.: Twoja zawodowa kariera zaczęła się na początku lat 80., kiedy zdobyłeś srebrny medal olimpijski w Moskwie.
C.L.: Tak, ale wcześniej reprezentowałem Polskę, zdobywałem medale. Brałem udział w wielu wyścigach.
M.K.: Co zrobiłeś z pierwszymi większymi pieniędzmi uzyskanymi ze sportu?
C.L.: Człowiek wtedy nie myślał o luksusie. Raczej o tym, żeby pomóc rodzinie, zadbać o siebie. To była inna świadomość niż dziś. Oddałem pieniądze mamie.

M.K.: Miałeś mentalność zwycięzcy, ale też silne poczucie patriotyzmu…
C.L.: Tak. Kiedy zakładałem biało-czerwoną koszulkę, wiedziałem, że reprezentuję ludzi. Że oni są ze mną. Że nie mogę ich zawieść.
M.K.: Mimo to nie wszedłeś w politykę, choć otrzymywałeś takie propozycje. Dlaczego?
C.L.: Były propozycje, nawet bardzo konkretne. Ale ja zawsze chciałem robić to, co kocham. Bez udawania. Bez gier, manipulacji. Nie nadaję się do tego. Jestem zbyt uczciwy. W polityce trudno być sobą. A dla mnie to najważniejsze.
M.K.: Dziś stawiasz na spokój. Twoją pasją są także konie. Skąd wzięło się to zainteresowanie?
C.L.: To przyszło trochę przez rodzinę. Ojciec zawsze zajmował się końmi, które były jego pasją, i odziedziczyłem to po nim. Mam ich ponad dwadzieścia. A w stajni jest ich znacznie więcej, bo opiekujemy się też końmi innych osób. Konie są dla mnie spokojem. Kontaktem z naturą. To zupełnie inny świat niż sport zawodowy czy biznes.

M.K.: Żyjesz dziś sukcesem, który osiągnąłeś?
C.L.: Życie to droga. Ważne, żeby robić to, co się czuje. Być uczciwym wobec siebie. Reszta przychodzi sama.
M.K.: Stworzyłeś jedną z najważniejszych imprez kolarskich w Europie – wyścig Tour de Pologne. To spełnienie Twoich marzeń?
C.L.: Jestem dumny z tego, gdzie dziś się znajduję, i wdzięczny za moją drogę. Wciąż jestem blisko emocji, rywalizacji i ludzi. Nie zawsze było lekko, ale uśmiech rodziny, żony, córki, wnuczki i pamięć o rodzicach wynagradzają mi wszystko. Jestem szczęśliwy. Mam przy sobie ludzi, których kocham, ludzi z pasją do kolarstwa. Mam spokój i to jest mój luksus.

M.K.: Osiągnąłeś bardzo dużo, a ja mam wrażenie, że Twój wyścig, ten najważniejszy wyścig, wciąż trwa, Ty zaś jesteś na jego prowadzeniu…
C.L.: I niech trwa jak najdłużej.
M.K.: Dziękuje za rozmowę.
C.L.: To ja dziękuję.






