Na fali decyzji: Karolina Wolińska w rozmowie z Malwiną Kowszewicz
21 lipca 2026
Dla Karoliny Wolińskiej luksus to czas, przestrzeń i odwaga, by wybrać własną drogę. W rozmowie z Malwiną Kowszewicz opowiada o życiu pomiędzy światem biznesu a bezkresną siłą oceanu, o decyzjach, które wymagają więcej intuicji niż strategii, oraz o tym, dlaczego prawdziwa wolność zaczyna się tam, gdzie kończy się kontrola.
Malwina Kowszewicz: Jesteś kobietą biznesu czy kobietą oceanu?
Karolina Wolińska: Zdecydowanie bliżej mi do oceanu. Choć staram się zachować pewien balans między jednym a drugim światem, to właśnie w stronę wody ciągnie mnie najmocniej. Ocean oferuje mi przestrzeń, oddech i autentyczność. Biznes z kolei daje mi możliwość tworzenia i samorealizacji. Komfort życia, który przekłada się na pewien rodzaj wolności. W moim przypadku jedno bez drugiego nie miałoby pełnego sensu.

M.K.: Prowadzisz firmę rodzinną i jednocześnie jesteś mistrzynią surfingu. Który z tych światów jest bliższy Twojej naturze?
K.W.: Prowadziłam. Wszystkie moje tytuły mistrzowskie zdobyłam, będąc jednocześnie zaangażowaną w rozwój naszej rodzinnej firmy. Dziś jesteśmy na etapie sprzedaży udziałów, co jest procesem bardziej złożonym, niż się spodziewaliśmy, ale to już osobna historia.
Oba te światy są mi bardzo bliskie, choć na zupełnie różnych poziomach. W biznesie jestem zakorzeniona od dziecka. Obserwowałam, jak moi rodzice z ogromną konsekwencją i zaangażowaniem budują coś od podstaw. To doświadczenie nauczyło mnie odpowiedzialności, myślenia strategicznego i budowania relacji. A ponieważ była to fabryka słodyczy, siłą rzeczy fascynowała mnie podwójnie.
Ocean to z kolei wolność, natura i nieprzewidywalność. Ale wbrew pozorom te światy mają ze sobą wiele wspólnego. W wodzie również potrzebna jest strategia. Należy przygotować ją przed wejściem, w wodzie nie ma na to czasu – trzeba wiedzieć, gdzie się ustawić, jak wykorzystać prądy morskie, jak wejść i, co równie ważne, jak bezpiecznie wyjść z wody. Warunki potrafią zmieniać się bardzo dynamicznie, więc najważniejsza jest umiejętność reagowania. To właśnie tutaj przenikają się dwa światy, strategia łączy się z intuicją. Czasem działam według planu, a kiedy przestaje on spełniać swoją funkcję, potrafię zaufać temu, co podpowiadają mi doświadczenie i instynkt.

M.K.: W biznesie planujesz, w sporcie reagujesz. Gdzie czujesz się bardziej sobą?
K.W.: Najbardziej sobą czuję się w oceanie. To przestrzeń nieprzewidywalna, piękna i wymagająca, czasem wręcz niebezpieczna. Tam wszystko dzieje się szybko. Jest akcja i natychmiastowa, bardzo instynktowna reakcja. W takich momentach wychodzi na powierzchnię to, kim naprawdę jesteś – bez filtrów, bez czasu na dopracowanie odpowiedzi czy planu działania. To czysta, surowa forma bycia. I chyba właśnie dlatego nie ma dla mnie nic bardziej prawdziwego.
M.K.: Jak znalazłaś się w miejscu, w którym jesteś dziś?
K.W.: To nie był jeden przełomowy moment, tylko proces: połączenie konsekwencji, pracy i odwagi do podejmowania decyzji, które nie zawsze były oczywiste. Z jednej strony naturalnie weszłam w świat biznesu, w którym dorastałam, z drugiej coraz mocniej podążałam w stronę oceanu. Woda była ze mną od zawsze. Już jako dziecko fascynowałam się światem pod powierzchnią. Uwielbiałam nurkować, obserwować to, co niewidoczne na pierwszy rzut oka. A kiedy po raz pierwszy zobaczyłam film o surferach, pojawiło się marzenie, które zostało ze mną na długo: żeby poczuć, jak to jest ślizgać się po falach.

Pochodzę z Włocławka, z centrum Polski, więc droga do oceanu nie była oczywista. Surfing zaczął się w moim życiu stosunkowo późno, nie jako dziecięca pasja, ale jako świadomy wybór dorosłej osoby. Może właśnie dlatego podeszłam do niego z taką determinacją. Dziś wiem jedno: niezależnie od tego, skąd zaczynamy i kiedy zaczynamy, warto podążać za swoimi marzeniami i konsekwentnie je realizować.
M.K.: Co czujesz, kiedy jesteś na wodzie?
K.W.: To zależy od warunków. Ocean nigdy nie jest taki sam, a razem z nim zmieniają się emocje. Czasem to spokój i poczucie harmonii, innym razem skupienie, adrenalina, a nawet respekt wobec siły żywiołu. Jedno pozostaje jednak niezmienne: ogromna fascynacja żywiołem. Ocean bardzo wyraźnie przypomina, jak niewiele jesteśmy w stanie kontrolować. I jednocześnie uczy, jak piękne może być zaakceptowanie tego i poddanie się temu, co przynosi dana chwila.
M.K.: Czy były momenty, które szczególnie wpłynęły na kierunek Twojego życia?
K.W.: Tak. Jednym z takich momentów było moje pierwsze spotkanie z surfingiem. Uprawiałam w życiu wiele sportów, ale żaden nie pochłonął mnie w taki sposób. Od pierwszych chwil poczułam, że to coś więcej niż tylko aktywność fizyczna. To styl życia. Surfing zmienił nie tylko to, jak spędzam czas, ale też sposób, w jaki podejmuję decyzje, gdzie chcę być, jak chcę żyć, co jest dla mnie naprawdę ważne. To była bardzo naturalna zmiana, bez presji, wynikająca raczej z wewnętrznego przekonania, że idę we właściwym kierunku. I właśnie wtedy zrozumiałam, jak bardzo jedna z pozoru błaha decyzja czy jedno doświadczenie mogą wpłynąć na całe dalsze życie.
M.K.: Co było dla Ciebie największym wyzwaniem – zarówno w biznesie, jak i w sporcie?
K.W.: Chyba właśnie akceptacja, że nie zawsze wszystko będzie idealne. Z natury jestem osobą, która lubi działać precyzyjnie, z dbałością o detale, a ocean szybko uczy, że nie wszystko da się zaplanować. Wiele razy wychodziłam z wody sfrustrowana, czasem ze łzami w oczach. Kiedy wydawało mi się, że już „ogarniam”, ocean pokazywał mi, gdzie jest moje miejsce i jak wiele muszę się nauczyć.
W biznesie jest bardzo podobnie. Pojawiają się porażki i momenty zwątpienia, ale najważniejsze jest, żeby się nie zatrzymać. Jeśli coś nie działa, analizuję to, daję sprawom czas i próbuję jeszcze raz, tylko mądrzej.
M.K.: Surfing, szczególnie w zimnych wodach Bałtyku, wymaga odwagi. Gdzie kończy się pasja, a zaczyna przekraczanie własnych granic?
K.W.: Myślę, że ta granica jest bardzo indywidualna. Dla mnie najważniejsze jest słuchanie siebie. Pasja daje energię, a przekraczanie granic powinno ją wzmacniać. Zimowy Bałtyk potrafi być wymagający, temperatura wody często oscyluje w okolicach zera. Ale kiedy robisz coś, co naprawdę kochasz, takie rzeczy schodzą na drugi plan.

M.K.: Stworzyłaś GSToo. Opowiedz, proszę, więcej o tym projekcie.
K.W.: Girls Surf Too powstało z potrzeby stworzenia przestrzeni dla kobiet, które chcą spróbować surfingu albo wejść w ten świat trochę głębiej, bez presji, oceniania i sportowego ego. To projekt, który łączy surfing, rozwój, kobiecą energię i dobrą atmosferę. Chciałam stworzyć coś więcej niż zwykły surf camp. Przyjeżdżają dziewczyny na bardzo różnym poziomie zaawansowania. Najważniejsza jest otwartość i chęć spróbowania czegoś nowego. Bardzo zależy mi też na tym, żeby pokazywać, że surfing nie jest zarezerwowany dla określonego typu ludzi. Nie trzeba dorastać przy oceanie ani zaczynać jako dziecko. Sama jestem najlepszym dowodem na to, że można odnaleźć tę pasję dużo później i zupełnie zmienić dzięki niej swoje życie.
M.K.: Jak reagujesz na sytuacje, których nie możesz kontrolować?
K.W.: Uczę się je akceptować, choć nie zawsze było to dla mnie naturalne. Na początku budziło to frustrację, czasem stres. Ocean jednak bardzo szybko weryfikuje potrzebę kontroli i pokazuje, że niekiedy największą siłą jest umiejętność dostosowania się do sytuacji. Tak jak w przypadku prądów morskich – ich siła czy kierunek potrafią zmieniać się dynamicznie. Można z nimi walczyć albo nauczyć się je rozumieć i wykorzystywać. Doświadczenie pozwala zauważać więcej i reagować spokojniej, nawet w dynamicznych sytuacjach.
M.K.: Czyli ocean nauczył Cię czegoś, czego nie byłby w stanie dać żaden biznesowy mentoring?
K.W.: Zdecydowanie. Nauczył mnie cierpliwości i zaufania do swojej intuicji oraz do procesu. W biznesie często chcemy działać szybko i widzieć efekty od razu, a ocean pokazuje, że wszystko ma swój rytm. Oczywiście kiedy pojawia się okazja, warto ją wykorzystać, ale jeśli coś nie wychodzi, to nie znaczy, że to koniec. Czasem potrzeba chwili, żeby wszystko zaczęło się układać. Czasem sprawy potrafią się rozwiązać same.
W wodzie moment zawahania może oznaczać utratę fali dnia albo znalezienie się w bardzo wymagającej, niebezpiecznej sytuacji. W biznesie mechanizm jest podobny – może nie decydują o tym sekundy, ale łatwo coś przegapić, jeśli nie jesteśmy uważni. Dlatego najważniejsze są czujność i gotowość do działania we właściwym momencie.

M.K.: Woda bardziej uczy pokory czy odwagi?
K.W.: Jednego i drugiego. I właśnie w tej równowadze tkwi jej siła. Pokora bez odwagi zatrzymuje, a odwaga bez pokory staje się niebezpieczna. Ale istnieje jeszcze coś, czego uczy ocean: uważność i umiejętność szybkiego podejmowania decyzji. W wodzie liczą się sekundy. Trzeba umieć szybko ocenić sytuację, zobaczyć to, co ma potencjał, i pójść za tym całym sobą, bez zawahania.
M.K.: Jak radzisz sobie z ryzykiem, zarówno na desce, jak i w życiu?
K.W.: Staram się je rozumieć i minimalizować, ale nie unikam go. Najważniejsze jest przygotowanie. Dbam o sprzęt, analizuję warunki, przewiduję możliwe scenariusze. Ale ryzyko zawsze istnieje. Widziałam wiele trudnych sytuacji, sama też w kilku uczestniczyłam. Jedna z nich szczególnie zapadła mi w pamięć. Pomogłam surferowi, który stracił deskę. Fala zerwała mu leash i został porwany przez prąd wyciągający. Wpadł w panikę i tracił siły. Udało się zdążyć w ostatniej chwili. To doświadczenie tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, jak ważne są świadomość, wiedza i uważność. Reagowanie nie tylko na siebie, ale też na innych.
M.K.: Jaka była najtrudniejsza decyzja, którą podjęłaś z dala od oczu innych?
K.W.: Jednym z trudniejszych momentów było dla mnie podjęcie decyzji o tym, by odpuścić coś, co stanowiło część mojego życia przez lata. Obecnie jesteśmy w trakcie procesu sprzedaży udziałów w firmie rodzinnej. To nie jest łatwe, bo to coś, co znam od dziecka. To rezygnacja z tego, co działa, na rzecz budowania czegoś nowego. Założyłam firmę i zaczynam realizować projekt, który rodził się w mojej głowie od dawna. To projekt Wave Ready, który łączy przygotowanie fizyczne, mentalne i wiedzę potrzebną do uprawiania surfingu. To coś, czego sama kiedyś szukałam. Czasem najtrudniejsze decyzje to te, które wymagają odwagi, żeby zostawić coś dobrego, co działa, po to, żeby zrobić miejsce na coś jeszcze bardziej naszego.

M.K.: Kiedy ostatnio pomyślałaś: „to jest luksus”?
K.W.: Kiedy wróciłam z porannej sesji surfingu i usiadłam do śniadania z rodzicami – bez pośpiechu, bez stresu, bez patrzenia na zegarek. Dziś luksus to dla mnie właśnie takie momenty. Czas, obecność i świadomość, że nie trzeba nigdzie pędzić. Bo wiem, jak bardzo te chwile są ulotne.
M.K.: Jakie marzenia wciąż czekają na realizację: te prywatne i te zawodowe?
K.W.: Chcę nadal rozwijać się w zgodzie ze sobą – bez presji, ale z ciekawością i otwartością na to, co przyniesie życie. Zawodowo rozwijać projekt Wave Ready i tworzyć przestrzeń, która realnie przygotowuje ludzi do surfingu, nie tylko fizycznie, ale też mentalnie, daje im wiedzę i sprawia, że stają się świadomymi surferami. Prywatnie chciałabym podróżować, doświadczać i być blisko oceanu tak często, jak to możliwe. Nie stracić zapału do odkrywania i podążania za swoją pasją.
M.K.: I tego właśnie Ci życzę. Dziękuję za rozmowę.
K.W.: Dziękuję.






