Odkrywanie sztuki na nowo: polski rynek sztuki 2026
18 maja 2026
Przez dekady Polska uchodziła za rynek wschodzący, pełen potencjału, ale wciąż na dorobku. Dziś warszawskie sale aukcyjne grają w innej lidze i coraz częściej dyktują warunki.
Był czwartkowy wieczór w połowie czerwca ubiegłego roku, sala przy Pięknej 1A w Warszawie wypełniona po brzegi, a w powietrzu unosił się ten specyficzny rodzaj napięcia, który zna każdy, kto choć raz stał za drzwiami prawdziwej aukcji. Piąty obiekt wieczoru to płótno, które przez niemal sto lat uchodziło za zaginione. Jacek Malczewski namalował Rzeczywistość w 1908 roku. Przez dekady istniała wyłącznie jako czarno-biała fotografia wykonana przez krakowską fotografkę Amalię Krieger – jako cień, echo, legenda. Kiedy obraz niespodziewanie pojawił się w 2021 roku na zagranicznym portalu aukcyjnym, środowisko wstrzymało oddech. Gdy trzy lata później, po burzliwej batalii sądowej i dwuletnim zamrożeniu przez prokuraturę, wrócił wreszcie na aukcję – i został sprzedany za 22,2 miliona złotych z opłatą aukcyjną (cena młotkowa wyniosła 18,5 mln zł) – stało się jasne, że polska scena kolekcjonerska weszła w zupełnie nowy rozdział.
Liczba ta nie jest tylko rekordem. Jest komunikatem – wysłanym do Paryża, Londynu i Nowego Jorku: że Warszawa gra poważnie, że polscy kolekcjonerzy dysponują zarówno kapitałem, jak i odwagą, by go lokować w dzieła klasy muzealnej. Według analiz serwisu Artprice, uznawanej globalnie bazy danych rynku sztuki, oraz ich rynkowych omówień stolica Polski dołączyła w ostatniej dekadzie do najszybciej rozwijających się ośrodków sztuki współczesnej na kontynencie.
Liczby mówią wiele
Zanim jednak Rzeczywistość Malczewskiego wylądowała w nowych rękach, polski rynek przeszedł test cierpliwości. Lata 2022–2023 przyniosły globalne turbulencje – inflację, wojnę za wschodnią granicą, wzrost stóp procentowych – które odcisnęły piętno na wielu segmentach luksusu. Sztuka, jak to sztuka, okazała się jednak odporna w sposób, który zaskoczył nawet ostrożnych analityków. Rok 2024 zamknął się wynikiem 656,9 miliona złotych łącznej sprzedaży dzieł i antyków – wzrost o blisko 16% rok do roku, zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego. Sam segment aukcyjny wygenerował w tym ujęciu 403,8 miliona złotych, a aukcje internetowe – według analiz opartych na danych GUS – urosły w tym czasie o ponad 116%. To nie ewolucja, to rewolucja w kanałach dystrybucji.
Rok 2025 potwierdził tę tendencję, choć w nieco spokojniejszym tempie. Łączna sprzedaż aukcyjna wyniosła według Artinfo 427 milionów złotych, co oznacza lekki spadek względem poprzedniego roku, ale utrzymuje rynek po raz trzeci z rzędu powyżej magicznego progu czterystu milionów. Domy aukcyjne odpowiedziały na lekkie oziębianie się popytu zwiększeniem intensywności – więcej katalogów, więcej aukcji, więcej punktów styku z kolekcjonerami. Efekt? Liczba transakcji wzrosła, mimo że łączna wartość sprzedaży nie pobiła rekordu. Rynek dojrzewa, a nie tylko pęcznieje.
Układ sił
Liderem pozostaje bez dyskusji DESA Unicum – według komunikacji własnej domu aukcyjnego szósta co do wielkości instytucja aukcyjna w Unii Europejskiej – która kontroluje ponad połowę krajowego rynku. W samym 2025 roku dom aukcyjny przy Pięknej sprzedał 7078 obiektów za blisko 218 milionów złotych. Wzrost o trzy procent rok do roku może brzmieć skromnie, lecz kontekst robi swoje: to wynik osiągnięty w środowisku, w którym reszta rynku walczyła o utrzymanie pozycji. Tuż za DESA plasuje się Polswiss Art – z obrotem przekraczającym 80 milionów złotych, a na kolejnych pozycjach Sopocki Dom Aukcyjny i Agra Art. Dwucyfrowe wzrosty zanotowały mniejsze domy: Pragaleria, Rempex i Krakowski Dom Aukcyjny, co sugeruje, że rynek konsoliduje się nie przez eliminację, ale przez specjalizację.
Największą niespodzianką 2025 roku było jednak nie to, kto sprzedawał, ale co i za ile kupowano. Segment sztuki dawnej odnotował w DESA Unicum wzrost obrotów o 46%, osiągając blisko 101 milionów złotych. W niepewnych czasach inwestorzy wracają do sprawdzonych aktywów – obrazy mistrzów wypełniają tę samą niszę psychologiczną co złoto. Są namacalne, piękne, historycznie zakorzenione i – w przypadku polskich klasyków – wykazują długoterminową odporność na wahania.

Sztuka kobiet
„Wzrost znaczenia twórczości artystek pokazuje, że polski rynek coraz częściej funkcjonuje jako przestrzeń świadomej rewizji i uzupełniania kanonu”.
– Agata Szkup, prezes zarządu DESA Unicum
Jednak bodaj najciekawszym przesunięciem ubiegłego roku było to, co stało się z twórczością artystek. Przez długi czas rynek sztuki, nie tylko w Polsce, traktował kobiety jako margines narracji. 2025 rok okazał się czasem korekty. Maria Jarema, jedna z najważniejszych postaci powojennej awangardy, osiągnęła na aukcjach DESA Unicum ceny 1,2 miliona złotych za Kompozycję i blisko 1,6 miliona za Formy. Karnawał wenecki Teresy Pągowskiej poszedł za 720 tysięcy złotych, przekraczając estymację o niemal połowę. Halina Wrzeszczańska zaskoczyła wszystkich: jej Wiązki światła sprzedały się za 180 tysięcy złotych przy estymacji wynoszącej 50–70 tysięcy. Rynek głosował portfelem, wyraźnie i bez owijania w bawełnę.
Nie bez powodu DESA Unicum uruchomiła w 2025 roku specjalną platformę Sztuka Kobiet, organizując dwie aukcje poświęcone wyłącznie artystkom, z ekspozycją obejmującą prace pięćdziesięciu twórczyń. „Chcemy, aby nasza narracja o artystkach nie była chwilowa, a realnie wpływała na rynek” – mówiła Agata Szkup, prezes domu aukcyjnego. Aukcje kolekcji – kolejna nowość przejęta z dojrzałych rynków zachodnich – wygenerowały w DESA Unicum łącznie 28,5 miliona złotych obrotu. To format, który Christie’s i Sotheby’s od dekad stosują z powodzeniem. Polska właśnie go adaptuje.
Nowi gracze
Zmiana nie dotyczy wyłącznie nazw na kartonach licytacyjnych. Zmienia się też samo oblicze kupujących. Do sal aukcyjnych coraz częściej wchodzą ludzie, którzy dekadę temu nie mieliby pojęcia, jak działa estymacja ani co oznacza premium nabywcy. Aukcje Młodej Sztuki w DESA Unicum – segment startujący od kwot rzędu tysiąca złotych – odnotowały wzrost obrotów o 15% w ciągu ostatniego roku, przekraczając 8 milionów złotych. To liczba mówiąca sama za siebie: na polski rynek sztuki wchodzi nowe pokolenie kolekcjonerów, budujące zbiory od niedrogich prac i stopniowo pnące się wyżej.
W niepewnych czasach sztuka przestała być w Polsce wyłącznie sprawą gustu, lecz stała się sprawą strategii. Jubileuszowa, piętnasta edycja raportu KPMG Rynek dóbr luksusowych w Polsce, opublikowana w grudniu 2024 roku, pokazała wyraźnie, jak istotny stał się rynek sztuki w strukturze dóbr luksusowych w Polsce. Dla części zamożnych nabywców obraz czy rzeźba funkcjonują dziś także jako forma lokaty kapitału, porównywana do złota. W czasach, w których akcje drżą z powodu geopolitycznych wstrząsów, a obligacje przynoszą rozczarowania, Malczewski i Jarema okazują się aktywem zaskakująco odpornym. Nie chodzi tylko o estetykę, lecz także o przechowanie wartości w fizycznej, weryfikowalnej formie.

Inny wymiar
Równolegle dynamicznie rośnie handel online. Aukcje internetowe, które jeszcze kilka lat temu traktowano jako coś między nowością a koniecznością pandemiczną, zadomowiły się na stałe. W 2024 roku wygenerowały niemal 58 milionów złotych – ponad dwukrotnie więcej niż rok wcześniej, według analiz opartych na danych GUS. Technologia obniżyła barierę wejścia i rozciągnęła rynek geograficznie: kolekcjoner z Gdańska czy Wrocławia nie musi już jeździć do Warszawy, by zasiadać przy stoliku z tabliczką.
Digitalizacja galeryjnego doświadczenia i wirtualne wystawy to już nie eksperymenty, lecz stały element oferty. Dalej idące ambicje – tokenizacja (ułamkowa własność), NFT służące jako cyfrowe potwierdzenie autentyczności wirtualnego dzieła sztuki – zdążyły już przejść w Polsce swój pierwszy cykl entuzjazmu i otrzeźwienia. W grudniu 2021 roku DESA Unicum sprzedała pierwsze w Polsce i w Europie Środkowej dzieło w formacie NFT: pracę Pawła Kowalewskiego Dlaczego jest raczej coś niż nic? za 552 tysiące złotych. Zapowiadano, że to początek regularnego segmentu aukcyjnego. Rzeczywistość okazała się jednak bardziej skomplikowana: globalny boom na NFT szybko wyhamował, a kolejnych równie spektakularnych, szeroko komunikowanych sprzedaży w tym formacie było niewiele.
Rynkowa narracja
Polski rynek sztuki ma dziś coś, czego przez długi czas mu brakowało: ciągłość. Nie jest to jeden sezon euforii, po którym wszystko opada. Trzy kolejne lata powyżej 400 milionów złotych w samych obrotach aukcyjnych – według danych Artinfo – to dowód, że mamy do czynienia z realnym ekosystemem, a nie koniunkturalną bańką. Nie jest to jeszcze Paryż ani Londyn. Sami specjaliści uczciwie przyznają, że do systemowej dojrzałości, wyższej płynności i regularności transakcji na poziomie siedmiocyfrowym wciąż długa droga. Ale jest to kraj, w którym obraz uznany za zaginiony przez sto lat wraca, budzi emocje porównywalne z thrillerem i zostaje sprzedany za kwotę, która skłania zagranicznych obserwatorów do poważnego potraktowania Polski jako gracza na europejskiej mapie kolekcjonerstwa.
I to chyba najważniejsze przesunięcie ostatnich lat. Nie tylko w liczbach, choć te są imponujące, ale w sposobie, w jaki o sobie myślimy. Już nie jako o rynku wschodzącym, który nadgania Zachód, lecz jako o rynku, który zaczyna budować własną narrację – z Malczewskim, Jaremą i nowym pokoleniem kupujących, dla których obraz na ścianie to nie dekoracja, lecz efekt przemyślanej decyzji.






